piątek, 23 września 2016

O dziewczynie z sąsiedztwa pana w krawacie.

Miała 21 lat, była studentką II roku stomatologii. Ukończyła prestiżowe liceum w swoim mieście, a wszystkie lata spędzone w szkole poświęcała na rzetelną naukę oraz działania społeczne. Zasiadała w samorządzie uczniowskim, pomagała w zbiórkach charytatywnych oraz przygotowywała apele, na które często zapraszany był facet w krawacie. Kiepsko dobranym i źle zawiązanym, jeśli kogoś to interesuje. Stereotypowy urzędnik rozpoczynający karierę jeszcze w PRL, z "zawodu" parlamentarzysta. Obydwoje byli dla siebie anonimowi. On nie skojarzyłby jej na ulicy, a ona wiedziała tylko, że mieszka niedaleko i jest wysoko postawiony.

Dziewczyna skończyła liceum, dostała się na wymarzony kierunek studiów. Miała mnóstwo znajomych, więc czas pomiędzy nauką spędzała w gronie swoich przyjaciół. Była lubiana, głównie ze względu na swoją życzliwość i naturalność. Ciężko było ją spotkać bez uśmiechu na ustach. Między zajęciami pomagała w pobliskim schronisku dla zwierząt, jako wolontariuszka. Tam poznała swoją pierwszą, wielką miłość. Z nowo poznanym chłopakiem szybko stworzyła udany związek. Mieli wspólne marzenia, cele i światopogląd. Mijały tygodnie, miesiące, a jej nadal świetnie szło na studiach. Rodzice pękali z dumy, cieszyli się jej radością. Postanowiła znaleźć pracę, aby móc odłożyć pieniądze na wymarzoną, wakacyjną podróż z ukochanym. Udało się, dostała pracę w kinie znanej sieci. Pracowała głównie na zmiany wieczorne, ze względu na ilość zajęć na uczelni. Praca jej odpowiadała, należała do zgranego zespołu. Codziennie w nocy, o 23:35 szła w kierunku przystanku tramwajowego. Musiała pokonać około 300 metrów kiepsko oświetlonym chodnikiem. Nie czuła strachu, w końcu co mogło się stać?

Do czasu. Niestety, pewnej jesiennej nocy, została napadnięta przez jakiegoś oprycha. Zaciągnął ją za pobliskie mury, po czym brutalnie zgwałcił. Choć się starała, nie zdołała uciec, wyrwać się z ramion gwałciciela. Pobita, obolała i poszarpana wróciła do domu. Nikomu nic nie powiedziała. Po prostu, umyła się i zamknęła w pokoju. Wiedziała, że w końcu będzie musiała z niego wyjść. Coś powiedzieć rodzinie, chłopakowi. Może zaszła w ciążę? Setki pytań i wątpliwości nękało jej głowę. Postanowiła milczeć, dopóki nie wykona testu ciążowego. Przez te kilka, kilkanaście dni co prawda wydawała się wszystkim dziwnie nieobecna, ale w reakcji na jakiekolwiek pytania, zaciskała zęby i próbowała udowodnić, że wszystko jest w porządku. Wykonała test. Okazało się, że jest w ciąży. W ciąży, przypomnijmy, z gwałcicielem. Nie wiedziała, co zrobić. Było jej okropnie wstyd. Nie mogła przecież dokonać aborcji. Sytuacja wydawała się patowa, a myśl o życiu z dzieckiem poczętym z gwałtu ją przerażała. Miała 21 lat. Kochającą rodzinę, chłopaka i plany na przyszłość. Miała. Popełniła samobójstwo. Garść leków nasennych zapiła łykami wódki, a następnie podcięła sobie żyły. Wzdłuż, a nie na pokaz, w szerz.

Panie parlamentarzysto! Niech Pan uspokoi jej rodziców. Przecież ostatecznie nie popełniła zbrodni, jaką jest aborcja. Aborcja, którą, w kraju rządzonym przez ludzi inteligentnych, mogłaby wykonać w sterylnych warunkach i, co więcej, legalnie. Posłowie, weźcie pełną odpowiedzialność. Wy chyba też macie córki?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz